Pod koniec 2025 r zmarła Zofia Wiśniewska, była nauczycielka SP w Grodkowicach, która przez wiele lat wraz ze swoim mężem Wiesławem, była związana ze społecznością Grodkowic.
Ich praca w szkole przypadła na wyjątkowo trudny okres historii Polski, czas odbudowy państwa po II wojnie światowej, czas przemian i budowy nowej, innej rzeczywistości.
Zapraszamy do przeczytania listu ich syna, który na podstawie opowieści rodziców podzielił się z nami wspomnieniami dotyczącymi historii szkoły z połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ze względu na obszerność listu musieliśmy dokonać kilku autoryzowanych skrótów.
„ Wiesiek, czyli w mój Tato urodził się w małej wiosce pod Radomiem. Był trzecim dzieckiem. (…)
Wiesio miał dziewięć lat, gdy w październiku przyszli Niemcy. Wyrzucili mieszkańców z domów i zagród. Los mieszkańców panów świata nie obchodził. Całe szczęście, że ich do obozów koncentracyjnych nie wywieźli. Może było jeszcze za wcześnie? Może przemysł zabijania jeszcze przygotowany do końca nie był?
Rodzinie mojego Taty pomogli znajomi z sąsiedniej wsi. Pomogli to znaczy pozwolili ich szóstce nocować w stodole. W Wigilię 39 roku dali wygnańcom trochę ziemniaków. Mama Wiesia ugotowała je w łupinach. I te ziemniaki były opłatkiem, barszczem z uszkami, zupą grzybową itd. Były życiem!
Ta wigilia w stodole była pierwszą jaką chłopczyk zapamiętał. Potem całe życie gotowane ziemniaki lubił. Nawet bez tak zwanej omasty.
Na wiosnę 40 roku dalsza rodzina „rozparcelowała" dzieci. (dwie dziewczynki, dwóch chłopców). Wieśka przygarnął brat ojca - stryjek i jego ojciec chrzestny, który pracował i mieszkał w Radomiu. Z jedzeniem było bardzo krucho. Wiesiu pomagał jak mógł. Zaczął pracować w ogrodzie i sadzie prowadzonym przy klasztorze OO. Bernardynów. Miał już przecież 10 lat!
Ta praca nauczyła dzieciaka cierpliwości i dokładności. Mówiło się kiedyś benedyktyńska pracowitość, a w przypadku Wieśka, raczej bernardyńska. Chłopak miał dryg do pracy. Nauczył się wielu rzeczy i potem cokolwiek, gdziekolwiek zasadzić chciał - to jemu zawsze obrodziło. Chłopców pracowało tam kilku. Zadowoleni byli niezmiernie, gdy zakonnik, Ojciec ogrodnik rzucił im parę złotych, dał trochę warzyw, miskę zupy lub ćwiartkę chleba. Jedzenie oznaczało przeżycie. Największą szansą na „obrywki" było Święto Zmarłych. Z trudem nadążano ze sprzedażą chryzantem. Wozili je do bram wszystkich cmentarzy. Oni Gavroche okupacji.
Gdy wojna się skończyła, rodzice Wiesława wrócili na swoje. Podobnie jak inni rozebrali poniemieckie - już wtedy baraki - i zlepili domy. Smutna sztafeta historii. Najstarsza siostra Helena w Warszawie pielęgniarką została i tam w szpitalu - wśród zgliszcz - zaczęła pracować. Wiesiek na wieś wracać nie chciał. Został u wujka. Miał lat 15 i podjął naukę w gimnazjum, a potem w liceum. Szkoły były prywatne i trzeba było płacić czesne. To problem był. Trochę wieś czyli dom dał, trochę wujek, trochę sam chłopak grosza dorobił. I do matury dobił.
Marzenie chłopak miał. Nierealne. Medycyna. Jego ojciec do AK należał. Wielkim bojownikiem nie był. (...). Wkrótce się okazało, że sam fakt takowej przynależności mógł wystarczyć do strzału w tył głowy. Dzieci AK -owców lekko nie miały. Po maturze, wojsko w kopalni, gdzie miał Wiesław je odrabiać. W kopalni ! Chłopak po maturze ! Wtedy, gdy niepiśmiennych setki tysięcy były (…) Reklamacji od wojska chłopak szukał na gwałt. I znalazł. Szkoła!
(…) Wybrał wieś Grodkowice. Nazwę znał, bo taką nazwę z okien widział, gdy w sobotę do Krakowa jeździł. Wcześniej nie odwiedził tego miejsca. Umowę otrzymał i wybrał się do przejęcia szkoły. Wysiadł na przystanku z tabliczką Grodkowice. Do wsi poszedł. Po drodze kogoś zapytał o szkołę. Fajny budynek, a obok na leżaku ładna pani się w późno sierpniowym słońcu wygrzewała.
- Dzień dobry. Proszę pani ja nazywam się Wiesław … Mam przejąć zarządzanie tą szkołą.- powiedział niezbyt śmiało.
- Tak ? A ma pan może jakiś dokument ? - zapytała atrakcyjna pani.
- Oczywiście - odpowiedział i rzeczony papier wyjął. - Proszę.
Pani łaskawie papierek do wypielęgnowanej rączki wzięła. Okiem rzuciła.
- Wszystko się zgadza. Ale Grodkowice są cztery kilometry stąd. Tu jest Szarów ! Pan pójdzie w tamtą stronę! Pokazała na południe.
Wiesiek raka spiekł! Poczuł się jak niesforny chłopczyk. I poszedł. (…)
Nic się nie dało zmienić. Umowę podpisał. Zatem szkołę przejąć od dotychczasowej kierowniczki musiał. Wrzesień 54 za progiem już stał. I nowy rok szkolny trzeba było zacząć.(...) Szkoła była w rękach zakonnic do 1948 roku. Potem władze świeckie odebrały zakonnicom prawo nauczania. Nauka przeszła w ręce świeckie. Nikt nie pomyślał o tym, że we wsi nie ma budynku szkolnego. Bo siostry z klas szkolnych zrobiły kaplicę, konsekrowały i w ten sposób obiekt stał się własnością kościelną. (…) Parcelację majątku zrobiono. Powstał tak zwany IHAR czyli Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Oddany pod opiekę Wyższej Szkole Rolniczej w Krakowie. Miał kontynuować tę sama działalność, którą przed wojną zajmowali się Żeleńscy. Nadziały otrzymali też miejscowi gospodarze. Wydzielono też parcelę pod budowę szkoły. Tyle, że parcela w takim kształcie na szkołę się nie nadawała. Długa, ale za wąska. Należało dokonać wymiany. Parcelę wzięła w niby tymczasową dzierżawę kobieta z tej wsi, ale mieszkająca w Krakowie. I w takim momencie na scenie pojawił się Wiesiek. Wieś była, a szkoły właściwie nie. Kilka salek w kilku wynajętych miejscach. Ot cała szkoła!
Szkoła niżej zorganizowana - tak nazywała się placówka w tej wsi. Do szkoły pełnej - czyli po piątej klasie - dzieci musiały chodzić do sąsiednich miejscowości. Gdy odebrano siostrom prawo uczenia zaczął się problem.
Wynajmowano kilka pomieszczeń. W różnych punktach. Jeden w „bliźniaku" IHAR-u - tam też Wiesiek zamieszkał. Inna sala w świetlicy Instytutu. W niej to raz w tygodniu mężczyzna Lokajem zwany wyświetlał filmy. Kiedyś był lokajem u Żeleńskich, a po zmianach pracownikiem kulturalno - oświatowym został. Szerzył i szerzył tą kulturę chłopina (...) Mieszkańcy wsi przed wojną pracowali głównie na roli, na kolei, w fabryczce czerni lakierniczej lub we dworze. Dawni pracownicy dworu (…) przeważnie pozostali na miejscu i pracowali w Instytucie, który dwa działy miał: naukowy i hodowlany. Ten Instytut to właściwie wielki PGR był tyle, że pod płaszczykiem naukowym z lekka. Pracowników potrzebował bardzo wielu. W rzeczywistości był to największy zakład pracy w gminie. (...) Pracownicy byli i miejscowi i sezonowi. Sezonowi mieszkali w budynku nazywanym potocznie „sukiennicami". Inni mieszkańcy wsi pracowali na kolei. Jeszcze innym Kraków (Kabel), Nowa Huta pracę dała. Dojeżdżali pociągiem albo łapali „okazję" lub autobus, bo obok wsi „szosa szła".
Dzieciarni było sporo - warunki do uczenia marne. Władze oświatowe rozważały nawet likwidację szkoły.
Gdy Wiesiek jako „kiero" do wsi zawitał pracowało tam oprócz niego dwóch mężczyzn. Dziwny przypadek. Zawód przez kobiety opanowany, a tu nagle trzech mężczyzn! Powodzenie mieli, że hej! Edek, Tadek i Wiesiek. Trzech muszkieterów polskiej, wiejskiej edukacji!
Edek mieszkał u Lokaja. Mężczyzna przystojny i bałamut wielki. Wyznawał zasadę, iż brzydkich kobiet nie ma tylko wina czasem brak. Przy tym łebski gość, który liczyć umiał. Przeliczenie marnej nauczycielskiej pensji zajmowało mu chwilę. Więc liczył na dziewczynę z wianem. Jako nauczyciel był odpowiedzialny i wymagający - zwłaszcza jak na wieś. Uczniowie zahukani ciut i grzeczni - choć z wyjątkami. (…) Zdarzyło się, że przy wręczaniu prezentów od Dziadka Mroza, Edek powiedział: Ty jesteś niegrzeczny i Święty (!) Mikołaj nie powinien Ci dać prezentu. Ale masz! Synek (...) tatusiowi na pana nauczyciela natychmiast zakablował. Następnego dnia tatuś do powiatu - do komitetu Partii przewodniej się ze skargą udał. Sekretarz wezwał inspektora oświaty. Następnego dnia do Wydziału Oświaty zgłosić się miał Edek i jego kierownik czyli Wiesiek. Okazało się, że młody kierownik na chwilowy zanik słuchu cierpiał, bo jakoś nic na uroczystości nie usłyszał. Ale inspektor i tak kazał Edwardowi publicznie wobec uczniów przeprosić tatusia i synusia. Nauczyciel odpowiedział, że (...) przepraszał nie będzie. I dodał, że woli odejść. Otrzymał wypowiedzenie. W swoje strony wrócił (...) badylarzem został.
Drugi nauczyciel Tadek kwaterę miał u gospodarza zwanego Chojeja. W następnym roku zrezygnował z pracy jako nauczyciel. Milicjantem został. Kasa większa. I uprawnienia.
Jako się rzekło władze oświatowe szkołę we wsi zlikwidować chciały. Mieszkańcy patriotyzm lokalny poczuli. (...). Parcelę, owszem z parcelacji mieli, ale od parceli do szkoły daleka droga.
Pierwszą koniecznością było jakieś przejściowe - choćby wynajęte - miejsce na szkołę skombinować. Gadu, gadu i Wiesiek taki dom znalazł. Drewniany, trzy pokoje na sale lekcyjne, plus jeden - malutki na mieszkanie i kuchenkę z łazienką. Sławojka, studnia i szopa na drzewo na zewnątrz. Właściciel pan Majka mieszkał w Krakowie z rodziną. Kierownikiem pociągów był. Odpowiedzialny, równy gość. Tyle, że sobie swój dom na wsi niefartownie wydzierżawił rodzinie nazwijmy ją Y.
Do (..ich..) mieszkania weszli członkowie komitetu rodzicielskiego razem z sekretarzem gminy i kierownikiem szkoły. Gospodarza nie było. W mieszkaniu tuż za progiem gospodyni stół ustawiła. Na nim święty obraz, a obok gromnicę zapaliła. Była pewna, że nikt świętości nie tknie. Sekretarz stół obszedł. Prawicę gospodyni pocałował. I powiedział : Jak to dobrze żeście o wszystkim pomyślała! Z Bogiem, z Bogiem trzeba wszystko zaczynać i kończyć.". Następnie chwycił obraz, przeżegnał nim ściany domu, świecę zdmuchnął, stolik chwycił ......i wyniósł go wraz z obrazem do auta. Kobieta oniemiała i na dwór wyszła. Mężczyźni migiem meble i co tam było na pakę wozu wrzucili. I po przeprowadzce. Roboty niewiele, ale i tak wrócili po chwili gardło przepłukać.
I tak szkoła w jednym kawałku powstała.
Sławomir Wiśniewski”
Od nas dodajemy strony z Kroniki Szkolnej - proszę kliknąć w zdjęcie by je powiększyć.
